Pożegnanie śp. Stanisława Czartoryskiego

2021-01-24

Pożegnanie śp. Stanisława Czartoryskiego


Stanisław Czartoryski 

1939-2021

 Poznaliśmy się kiedyś na przyjęciu, kiedy usłyszałem, jak Staś opowiada komuś o mojej prababce i bardzo szybko znaleźliśmy mnóstwo wspólnych koligacji, miejsc, ciotek, anegdot, zainteresowań i podobne poczucie humoru.  Potem kiedy ja uczestniczyłem w zakładaniu naszego Stowarzyszenia Potomków Sejmu Wielkiego, On był tej organizacji jednym z głównych animatorów (zostając jej kanclerzem, czyli szefem rady), co było odzwierciedleniem jego życiowych poglądów i prodemokratycznych działań, a w którym działał i należał do 2018 r. 

Wystarczy spojrzeć na Jego biogram w Wikipedii: „polski ogrodnik, dyplomata, prawnik i książę” odzwierciedla to już w znacznym stopniu nie tylko powikłanie Jego życia, rozpoczętego tuż przed II wojną w pałacu Konarzew, ale i całego pokolenia członków rodzin ziemiańskich, kiedy trzeba się było wykazywać, być może najtrudniejszym rodzajem odwagi: odwagą cywilną, której On dawał dowody wiele razy, uczestnicząc w nielegalnych działaniach opozycji za komuny, budując Solidarność RI rolników, czy jeżdżąc po więzieniach, pomagając internowanym w ramach Komitetu Prymasowskiego w stanie wojennym. 

Przy czym trzeba wiedzieć, że Staś był urodzonym pesymistą, takim rzekłbym nawet całkowicie pesymistycznym pesymistą, który mimo swojego nastawienia, kiedy był czas działania, potrafił bardzo sensownie, pozytywnie i skutecznie działać dla dobra innych, pro bono, bo tak należy czynić, kiedy się ma taką możliwość i zasobność.  

Pamiętam sytuację, kiedy Staś podczas jakiejś podróży, które uwielbiał, znalazł na jakimś bazarze piękny, duży, zdobny, mosiężny krzyż prawosławny, unicki bodaj, który u podstawy miał jak się okazało dedykację, że to prezent dla proboszcza od wdzięcznych parafian, dany mu z datą tuż przedwojenną. Krzyż pochodził z miejscowości, która obecnie znajduje się na Ukrainie, po drugiej stronie Bugu, niedaleko naszego Horodła, gdzie jako SPSW  świętowaliśmy 600-lecie Unii Horodelskiej. Kupił ten krzyż z myślą, by go oddać do tego kościoła czy cerkwi na Ukrainie, wierząc, że może to być ważne dla takiej wciąż małej wiejskiej ukraińskiej społeczności. Ponieważ ja byłem wtedy marszałkiem SPSW, to „łowiłem” wszelkie okazje, które można by wykorzystać do stworzenia inicjatyw czy publicznych wydarzeń. Szczególnie takich, które mogłyby służyć zacieśnianiu stosunków ze społecznościami narodów, tworzących razem z Polakami w naszej przedrozbiorowej historii Rzeczpospolitą Obojga Narodów, ze szczególnym naciskiem na Rusinów, dzisiejszych obywateli Ukrainy i Białorusi.  Począłem Go więc namawiać, byśmy poprzez nasze wspólne kontakty kościelne i cywilne, zorganizowali jako Stowarzyszenie SPSW takie wydarzenie, którego centralnym punktem byłoby zwrócenie tego krzyża do miejsca, z którego został prawdopodobnie w czasie wojny zabrany lub zrabowany. Krzyż był należycie okazały i wartościowy, czyli „medialny”, a byłby w sposób nieomal symboliczny tam przywrócony, w świetle kamer TV, z Polski na Ukrainę, przez Niego - noszącego to historyczne dla Wielkiego Księstwa nazwisko.  Zarazem byłby przywrócony po latach przez kanclerza potomków tych, którzy w XVIII w. próbowali ratować demokrację i naszą wspólną państwowość, uchwalając Konstytucję 3 Maja i „prawo o miastach”. Wobec mojego entuzjazmu nie odmówił mi, a nawet wydawało się, że próbuje się odnaleźć w tym moim scenariuszu. W efekcie jednak zwyciężyła jego natura i przekonanie, że dobre uczynki należy robić bez rozgłosu i nie dla rozgłosu, przekazując dar do tej odległej wsi poprzez lwowskiego biskupa, którego miał okazję kiedyś poznać. 

Nie bardzo lubił, ani się spełniał w publicznych wystąpieniach, ale kiedy było trzeba, robił to umiejętnie, jak choćby wtedy, gdy zostaliśmy zaproszeni  dużą 10-osobową, oficjalną delegacją SPSW przez marszałka sejmu Litwy Juršenasa, na państwowe obchody rocznicy Zaręczenia Wzajemnego Obojga Narodów, aktu wykonawczego Konstytucji 3 Maja. W sejmasie kilku z nas wygłosiło przygotowane wcześniej referaty, odbyła się też ciekawa dyskusja, ale po tym, dostaliśmy nieoczekiwanie formalne zaproszenie, od urzędującego prezydenta Republiki Valdasa Adamkusa, do pałacu prezydenckiego, gdzie obowiązywał ściśle dyplomatyczny protokół. Miło było patrzeć, kiedy w świetle jupiterów i kamer, przemawiał najpierw demokratycznie wybrany przez naród litewski prezydent, którego rodzina jest polskiego pochodzenia, a odpowiada mu ze swobodą dyplomaty, stojący na czele polskiej delegacji, męski potomek w prostej linii pierwszego władcy Litwy, Giedymina, Stanisław Czartoryski.  

Potem wszyscy się rozjechali, a my wracaliśmy we dwóch moim samochodem do Polski, po drodze zwiedzając odbudowany zamek w Trokach, należący niegdyś do naszych wspólnych przodków.  Kiedy  już byliśmy dość blisko granicy, a ja trochę za mocno przyciskałem pedał gazu, zatrzymała nas litewska policja. Wysiadłem. Policjant, który na szczęście mówił po polsku, pokazał mi przekroczenie szybkości na tzw. suszarce. Mandat ewidentny.

- Moja wina, mówię. - Ale wracamy właśnie z przyjęcia na zaproszenie prezydenta Adamkusa i wie pan co, wiozę tu właśnie stamtąd księcia Czartoryskiego, którego herb, taki znak rodowy, to ma pan tu właśnie na rękawie i na czapce. Pogoń - to znak dawnych władców Litwy. 

Policjant spojrzał najpierw na mnie, a potem do samochodu, na nieświadomego niczego Stasia siedzącego w środku. Staś też spojrzał na policjanta i lekko się przez szybę uśmiechnął, w czym było tyle swobody, wdzięku, życzliwości do świata i uprzejmości, jaką wyobrazić sobie może każdy, kto miał szczęście Go znać. 

Policjant bez słowa oddał mi dokumenty i zasalutował. 

- Proszę jechać i nie przekraczać więcej prędkości. I tak się stało. 

Teraz jednak żegnamy Cię jako kuzyni, przyjaciele i jako środowisko, z wielkim żalem i podziękowaniem za Twoją obecność przez tyle lat z nami. Cześć Twojej pamięci. 

Andrzej Krzyżanowski